Trzy z czterech najdroższych nabytków w historii Lecha Poznań odpowiadają za większość kluczowych momentów zwycięskiego meczu w Danii. Mistrz Polski dostał przeciwko Aarhus nagrodę za postęp, jaki zrobił jako cała organizacja. Na takie kopnięcia od niechcenia pod poprzeczkę w newralgicznych momentach pracuje się latami.

Rozbicie mistrza Danii 4:1 na wyjeździe w eliminacjach Ligi Mistrzów strudzonym latami europejskich niepowodzeń kibicom może wyglądać na dowód kolosalnego postępu, jaki zrobił Lech Poznań i w ogóle polski futbol klubowy w ostatnich latach. To prawda, ale z jednym zastrzeżeniem. Najlepsza polska drużyna nie zaczęła grać wyraźnie lepiej niż wcześniej. Przystąpiła jednak do rozgrywek jako znacznie silniejsza organizacja. I to pozwoliło w 90 minut rozstrzygnąć dwumecz, choć wydarzenia na boisku długimi fragmentami tego nie zwiastowały.

Różni mistrzowie Polski, ale Lech zwłaszcza, mieli tradycję przystępowania do gry o Ligę Mistrzów, walcząc sami ze sobą. Gdy już startowała Ekstraklasa, notorycznie można było w poprzednich latach odnieść wrażenie, że Polska wysyłała do walki o najsilniejsze klubowe rozgrywki nie tę drużynę, którą powinna. Podczas gdy mistrz tracił najlepszych piłkarzy z powodu transferów czy kontuzji, ktoś inny zwykle pokazywał formę, jaką chciałoby się widzieć w eliminacjach Ligi Mistrzów. Dość powiedzieć, że Niels Frederiksen został pierwszym w XXI wieku trenerem Lecha, który przetrwał na stanowisku pełny sezon po zdobyciu mistrzostwa.