Mało który trener w Ekstraklasie potrafi tak dobrze, jak Michal Gasparik wyważyć proporcje między ciągłym rozwijaniem własnego zespołu a przygotowaniem planu na konkretnego rywala. W europejskiej rywalizacji może się to okazać niedocenianym atutem Górnika Zabrze.

Sięganie przez polskie kluby po trenerów zza południowej granicy ma długie tradycje i w różnych epokach przynosiło plony. Już w pionierskich latach nadwiślańskiego futbolu to często trenerzy z Czechosłowacji, będący bliżej głównych wtedy centrów piłkarskich regionu, Wiednia, Pragi czy Budapesztu, przywozili miejscowym kaganek oświaty. W latach powojennych ludzie pokroju Jaroslava Vejvody czy Michala Vicana przyczyniali się do dynamicznego rozwoju polskich klubów. I także po transformacji ustrojowej trenerzy czescy i słowaccy byli w modzie, dostając często do prowadzenia najsilniejsze polskie drużyny. Już kilka lat temu ceniony polski trener zwrócił mi jednak uwagę, że to coraz bardziej domena przeszłości, bo staże w Czechach raczej nie otwierają już Polakom oczu na futbol. Potwierdzeniem tego spostrzeżenia były losy kilku trenerów zza południowej granicy, którzy w ostatnich latach nie dawali w Polsce rady, nawet jeśli mieli solidną markę. Górnik Zabrze udowodnił jednak, że trener sprowadzony z tego rynku nie musi być idealistą, który zdziwi się konkurencyjnością polskiej ligi albo zamordystą, bazującym na przygotowaniu fizycznym wykuwanym metodami sprzed lat. Michal Gasparik to jeden z głównych bohaterów najnowszych sukcesów 14-krotnych mistrzostw Polski, ale stanowczo zbyt rzadko śpiewa się o nim hymny.