To będzie finał przyjaciół, ale nie finał przyjaźni. Piłkarzy Argentyny i Hiszpanii łączy wiele, ale równie wiele dzieli. W niedzielę w Nowym Jorku zagrają o złoto mundialu w USA, Kanadzie i Meksyku.
W październiku 2013 r. wybrałem się z synem do Barcelony. Chciałem pokazać mu miasto, ale był wtedy siedmiolatkiem, więc bardziej niż Sagrada Familia interesowało go Camp Nou. Bilety na mecz z Getafe kupiliśmy od koników na Ramblas i stawiliśmy się na stadionie. To był ostatni moment, gdy dzieci do lat siedmiu mogły wejść na stadion Barcelony na tę samą wejściówkę, co dorośli.
Koszulka Iniesty
Obiecałem, że po meczu kupię mu koszulkę Leo Messiego. Argentyńczyk strzelił gola na 2:0, ale największym magiem na boisku okazał się Andres Iniesta (gol na 5:1). Gdy syn wybierał koszulkę w sklepie, stwierdził, że jednak woli Iniesty. Byłem zdumiony, bo wydawało mi się, że docenienie kunsztu Hiszpana wymagało od siedmiolatka głębszej refleksji.
11 lipca minęło 16 lat od historycznego okrzyku "To Iniesta mojego życia". Słowa wykrzyczał były piłkarz i trener Realu Madryt Jose Antonio Camacho, gdy w finale mundialu w RPA z Holendrami pomocnik Barcelony zdobył w dogrywce zwycięską bramkę. Ludzie piłki w całej Hiszpanii, rozdarci na co dzień między Realem i Barceloną, zasypali topór wojenny. Drużyna narodowa stała się ich wspólną sprawą. Pierwszy mundial wygrany przez La Roja był wspólnym świętem.








