Francuskie TGV doznało awarii w najgorszym momencie. Nie będzie trzeciego z rzędu finału mistrzostw świata dla Trójkolorowych, jest za to hiszpańska trauma. Po porażce 0:2 w półfinale mundialu, Francja jest znakomitym dowodem na to, że najlepsi piłkarze na świecie nie są gwarantem sukcesu.
Po tym meczu trener Francuzów znów miał skwaszoną minę. Ostatnie spotkania z Hiszpanią w półfinałach turniejów przyjemne dla niego nie były. Była porażka w zeszłorocznej Lidze Narodów 4:5, gdzie Trójkolorowi obrywali już 0:3. Była jeszcze boleśniejsza przegrana w półfinale ostatniego Euro (1:2). To po niej ponad 40 procent kibiców chciało pożegnać Didiera Deschampsa ze stanowiska. Mistrz świata pożegnał się jednak sam. Rok temu ogłosił, że przed nim ostatni turniej. Już wiadomo, że selekcjoner nie będzie drugim w historii, który wprowadził drużynę do trzech finałów. Znów przez Hiszpanię, a może też przez zmarginalizowanie tego, co osiem lat temu dało mu sukces, a czym teraz zachwyca jego krajan Luis de la Fuente.
Awaria TGV, miał być hit, była klapa
Krajan, bo na murawie stadionu w Dallas, w walce o finał mistrzostw spotkali się dwaj Baskowie. Jest nim De la Fuente, jest nim też Deschamps, bo urodził się i dorastał w Bajonnie, mieście we francuskim Kraju Basków, 40 km od granicy z Hiszpanią. To było zresztą starcie dwóch trenerów, którzy swoją pracą imponują sobie nawzajem. - Hiszpania to drużyna o niezwykłej równowadze między formacjami. Luis de la Fuente i ja wiemy, jak dobrze się bronić - mówił Francuz jeszcze przed meczem. Jego słowa zestarzały się jednak w sposób ponury, szczególnie w kontekście jego ekipy i jej defensywnych ułomności. W Dallas widzieliśmy Francję nieporadną na całej szerokości boiska, która nie potrafiła wyjść z piłką od własnej bramki. Naciskany Maxence Lacroix, który szybko wszedł za kontuzjowanego Williama Salibę, był niepewny. Lucas Digne w akcji, w której spowodował karnego, zachował się jak dziecko, któremu ktoś zabrał zabawki z piaskownicy, a on nawet tego nie zauważył. Zresztą potem często tracił piłkę i dalej wyglądał na zaskoczonego. Aurelien Tchouameni... Czy on w ogóle w tym meczu grał?
















