Przez półtorej dekady co weekend włączało się mecze Roberta Lewandowskiego dla przyjemnego doświadczenia podziwiania Polaka, który strzelił gola w silnej lidze zagranicznej. Jego wyjazd do Chicago Fire zamyka tę epokę dobrobytu. Polski futbol pilnie potrzebuje nowych idoli.

Odkąd w 2010 roku Robert Lewandowski wyjechał do Borussii Dortmund, polscy kibice mieli spokój. Skończyły się czasy gorączkowego wypatrywania polskiego gola w ligach zagranicznych w każdy weekend, czy czekania latami na trafienie rodaka w Lidze Mistrzów. Najlepszy polski napastnik zapewniał to z niewidzianą wcześniej regularnością. Na jego tle mogło umknąć, że na najwyższym poziomie z czasem staje się wśród Polaków coraz bardziej osamotniony. O ile kiedyś wtórowali mu w Dortmundzie Jakub Błaszczykowski i Łukasz Piszczek, Grzegorz Krychowiak przyjeżdżał na zgrupowania kadry z Paris Saint-Germain, Arkadiusz Milik z Juventusu, Kamil Glik z Monaco, a ich strzały na treningach bronili bramkarze światowej klasy, o tyle w ostatnich latach Lewandowski był już na najwyższej półce ostatnim Mohikaninem. Jego wyjazd do Chicago Fire kończy w polskim futbolu epokę dobrobytu. Gdy skończy się mundial i kibice zaczną się ponownie interesować piłką klubową, obudzą się w nowej rzeczywistości. Bo pokolenie jego następców w dużej mierze w Europie zawiodło.