Na początku meczu III rundy Wimbledonu Hubert Hurkacz odłożył na bok myśli o dramacie, który przeżył dwa lata temu na tym samym korcie. To na nim wykonał teraz ogromny krok ku temu, by odzyskać miano pierwszej rakiety w Polsce w męskim singlu. Ale na żaden inny temat nie mówi tak dużo i chętnie jak na temat Kamila Majchrzaka, na rzecz którego to miano stracił.

Trudno zliczyć, ile razy Hubert Hurkacz podczas piątkowego meczu z Tommym Paulem - wygranego 4:6, 7:6, 7:5, 6:2 - zerkał w stronę swojego boksu. Owszem, siedziała tam jego dziewczyna, która wzbudza spore zainteresowanie wśród kibiców i przedstawicieli mediów. Ale siedział tam też Gilles Cervara, z którym pracujący nad odbudową swojej pozycji w światowym tenisie Polak pracuje od nieco ponad dwóch miesięcy. To właśnie za pośrednictwem nowego szkoleniowca Novak Djoković zaproponował Wrocławianinowi w piątek wspólny trening. W związku z zatrudnieniem Francuza Hurkacz zaś ograniczył ostatnio kontakt z inną legendarną postacią.

Cierpliwość Hurkacza się opłaciła

Widząc Hurkacza rywalizującego w piątek z Paulem, trudno było nie przypomnieć sobie przykrych scen sprzed dwóch lat. Wówczas, w meczu II rundy z Arthurem Filsem, Polak rzucił się szczupakiem do piłki, uszkadzając kolano. A uraz ten położył się cieniem na jego dalszej karierze do tego stopnia, że z gracza czołowej dziesiątki listy ATP stał się zawodnikiem balansującym na granicy top 100. Na konferencji prasowej po piątkowym zwycięstwie spytałam go, czy wracał teraz wspomnieniami do feralnych wydarzeń z 2024 roku.