"Pole pole" w języku suahili oznacza "powoli". Ta afrykańska filozofia życia stała się nie tylko nazwą, ale i sercem marki Michała Miziarskiego. Pełne kolorów, energii i radości kolekcje to manifest swobody, autentyczności i odwagi w wyrażaniu siebie.Jak zrodził się pomysł na markę Pole Pole?W 2018 roku poleciałem do Tanzanii na wolontariat. Podczas wyjścia na rynek zobaczyłem kolorowe, wzorzyste tkaniny. Akurat przechodził tam mężczyzna ubrany od stóp do głów w bardzo barwny komplet. Od razu spodobał mi się jego styl. Zatrzymał się przy sklepie z materiałami, a mój wzrok powędrował z niego na tkaninę we wzór przypominający mi herb Gdyni, miasta, z którego pochodzę.

Tkaniny african print na rynku Makola w Akrze, Ghana

(fot. archiwum prywatne Michał Miziarski)

Poczułem wtedy coś w rodzaju wezwania. Pomyślałem: "Chciałbym kupić tę tkaninę i zrobić z niej ubranie dla siebie". Moja ciocia mieszkała wtedy w Tanzanii i jeszcze tego samego dnia zaprowadziła mnie do krawcowej. Uszyła mi podobny komplet, spodnie i koszulę. Kiedy go założyłem, od razu poczułem pewność siebie. Wtedy pojawiła się myśl: dlaczego tego nie ma w Polsce? To naturalne, bawełniane tkaniny, ale jednocześnie bardzo wyraziste, bijące kolorami po oczach.Rok później znów byłem w Tanzanii z zamiarem kupowania materiałów. Wróciłem do Polski z plecakiem pełnym tkanin, zapisałem się na kurs krawiecki i stworzyłem pierwszą małą kolekcję. Nauczyłem się szyć, bo uznałem, że jeśli chcę budować markę odzieżową, powinienem znać tę branżę od środka. Powstała wtedy bomberka, spódnica i inne rzeczy, które później sprzedałem.Zrozumiałem jednak, że nie chcę szyć sam. Chodziło o to, żeby dawać pracę ludziom na miejscu, w Tanzanii. Jest tam mnóstwo utalentowanych osób. Wiele z nich świetnie szyje, ale praktycznie nie eksportuje się stamtąd ubrań. Pomyślałem więc, że dla mnie będzie to biznes, a dla lokalnej społeczności szansa na uczciwy zarobek.Co było pierwszym zderzeniem z rzeczywistością przy tworzeniu kolekcji?Często powtarzam, że gdybym wiedział, z jakimi trudnościami się zmierzę, pewnie bym się za to nie zabrał. Czasem dobrze mieć romantyczną wizję, bo człowiek po prostu działa i nie widzi wszystkich przeszkód. Przez pierwsze trzy lata największym problemem była jakość i powtarzalność. Prosiłem na przykład o uszycie dziesięciu par spodni w tym samym rozmiarze, a finalnie każda miała inne wymiary. Nie wiedziałem wtedy jeszcze, że najpierw robi się wykroje, a dopiero później szyje według nich. Na początku podawałem tylko liczbę centymetrów w talii czy biodrach, a materiał był cięty "z ręki".