Smutnej Mai Chwalińskiej wystarczyły dwa słowa, gdy spytano ją, czemu nie poddała meczu pierwszej rundy Wimbledonu, mimo że wszyscy widzieli, że nie jest w stanie normalnie grać. Sama przyznała, że nie liczyła już wtedy na cud. I że to, co się stało, było też efektem jej największego sukcesu w karierze. - Nie mam do siebie żadnych pretensji - odpowiedziała na nasze pytanie.

Kibice Mai Chwalińskiej zaniepokoili się, gdy przy piłce meczowej w spotkaniu z kwalifikantką Mananchayą Sawangkaew z Tajlandii poślizgnęła się, a chwilę potem - po stracie gema - poprosiła o przerwę medyczną. Od tego momentu jej świetna passa zaczęła gasnąć, a kłopoty rosły. Ale polska bohaterka niedawnego Rolanda Garrosa na konferencji prasowej po przegranej 6:2, 5:7, 2:6 zaznaczyła, że to nie uszkodzona kostka była jej głównym problemem.

Zobacz wideo Chwalińska o najtrudniejszym momencie

Podczas wielkoszlemowego turnieju w Paryżu Chwalińska kilkakrotnie płakała ze szczęścia w drodze do sensacyjnego finału. Jako 114. tenisistka świata. Teraz, po debiucie w roli 21. rakiety globu, pozostały jej łzy smutku, bo z Wimbledonem, do którego głównej drabinki dostała się dzięki dzikiej karcie, pożegnała się pechowo już po meczu otwarcia. W stolicy Francji na jej konferencjach prasowych stopniowo przychodziło coraz więcej zagranicznych dziennikarzy, którzy chcieli dowiedzieć się czegokolwiek o zawodniczce, o której nigdy wcześniej nie słyszeli. Teraz, po jej przegranej ze 164. Sawangkaew, chcieli się dowiedzieć, co dokładnie było przyczyną jej dramatu. A Polka odpowiadała po cichu.