Gdyby cały świat nadal, jak w czasach Pelego, śledził futbol tylko raz na cztery lata, przy okazji mundiali, Kylian Mbappe już byłby legendą tego sportu. Piłkarz, który często wysłuchuje zarzuty o indywidualizm, na szczeblu indywidualnym wydaje się jednak niedoceniony.
Wielkie reprezentacje często są budowane na podobieństwo drużyn klubowych. Jeśli tylko selekcjonerzy mogą, chętnie korzystają z rozwiązań, połączeń, albo całych bloków rozumiejących się w ciemno. Pod tym względem Didier Deschamps mógłby mieć najprostszą pracę na całym mundialu. Wystarczyłoby mu zestawić całą ofensywę reprezentacji Francji z najlepszej klubowej drużyny świata. Desire Doue i Bradley Barcola jako ponaddźwiękowi skrzydłowi. Ousmane Dembele, zdobywca Złotej Piłki, krążący między nimi jako fałszywy napastnik. - Bez Mbappe będziemy jeszcze silniejsi – obwieścił światu Luis Enrique, trener Paris Saint-Germain, przed dwoma laty. A potem, zdobywając dwie Ligi Mistrzów z rzędu, udowodnił, że miał rację. Nie ma powodu, by na szczeblu międzypaństwowym nie zadziałało to samo.
Walka Deschampsa
Dynamika wydarzeń w reprezentacji Francji też w pewnym momencie zdawała się zmierzać w tę stronę. Mbappe jesienią 2024 roku nie przyjechał na dwa zgrupowania z rzędu, najpierw tłumacząc się chęcią lepszego zaadaptowania się w nowym madryckim środowisku, a później urazem, który nie przeszkodził mu chwilę później grać w Realu Madryt, co skutkowało trudnymi rozmowami z selekcjonerem. Gdy już był na boisku, w siedmiu meczach Trójkolorowych z rzędu, między lipcem 2024 a czerwcem 2025 nie trafił do siatki. W prasie głośno spekulowano o jego wygasającym uczuciu do reprezentacyjnej koszulki. Kto jak kto, ale akurat Francuzi jako chyba jedyni mogliby sobie pozwolić na pominięcie kogoś o jego możliwościach. Dysponują wszak bogactwem talentu nieporównywalnym z żadnym innym krajem. I mają długą tradycję wygrywania bez niesfornych gwiazd epoki, od Davida Ginoli i Erica Cantony, po Karima Benzemę.
















