Jeśli spojrzeć na tłumy na amerykańskich stadionach, jeśli wziąć do ręki raporty, które pokazują wzrost bogactwa klubów MLS, jeśli spojrzeć na pensję Lionel Messiego... Nie może nas dziwić, że Robert Lewandowski mógłby zagrać w kraju, który jeszcze 40 lat temu był piłkarską pustynią.
Rok 1985 przeszedł do historii jako rok śmierci amerykańskiej piłki nożnej. Właśnie przestała istnieć North American Soccer League, w której grał słynny z zatrudnienia Pelego Cosmos Nowy Jork. Kluby przynosiły straty, więc właściciele doszli do wniosku, że nie ma sensu dokładać w nieskończoność. Jednocześnie po ledwie jednym sezonie skończyła działalność United Soccer League. A to oznaczało, że w tym momencie w USA nie było ani jednej, nawet regionalnej, profesjonalnej ligi w piłce nożnej na otwartym stadionie.
Amerykanie dziewięć razy z rzędu nie awansowali na mundial
Z reprezentacją też było źle: po raz dziewiąty z rzędu nie awansowała na mundial. W eliminacjach nie dotarła nawet do finałowej rundy. Odpadła, przegrywając z Kostaryką 0:1 na Murdock Stadium należącym do El Camino College w Torrance. Mecz oglądało 11 tys. widzów. Trener Alketas Panagoulias zrezygnował z pracy. Następcy nie było. Nie było nawet planów, z kim i gdzie miałaby grać kadra w kolejnych latach. Piłka nożna w USA obumarła. Nie pierwszy już raz.






