- Robert Lewandowski może tu przyjść i od razu walczyć o trofea. Dać miastu radość, zostać bohaterem. Być twarzą Chicago i Polonii - mówi Alan Królikowski, członek Barn Burners 1871, najstarszej kibicowskiej grupy Chicago Fire, współautor podcastów "Bonfire" i "Hot Takes". Zdradza też, jaki efekt wywołał przylot Lewandowskiego do USA. Liczby są imponujące.
Chicago tęskni za sukcesami i byciem na świeczniku. Pragnie triumfu i rywalizacji do końca. Chce emocji, chce się wreszcie ucieszyć. Radość miastu dał ostatnio wybór Roberta Prevosta na papieża. To człowiek stąd, z południowych przedmieść, kibic baseballowej drużyny White Sox, na stadionie której doczekał się już zresztą imponującego muralu. - I to też pokazało, jak bardzo Chicago tęskni za sukcesami. W 2016 roku, gdy Chicago Cubs wygrali World Series, całe miasto oszalało. Ale to był ostatni raz. Od tamtej pory wciąż czekamy i to czekanie nieprawdopodobnie nam się ciągnie. Ani w koszykówce, gdzie Bulls nie wygrali od ponad 20 lat, ani w hokeju, ani w futbolu amerykańskim, ani w piłce. Nigdzie nie ma sukcesów - mówi Alan Królikowski, który ma 25 lat i tutaj się urodził. Jego rodzice przybyli do Stanów Zjednoczonych w 1997 r. Matka pochodzi z wielkopolskiej Trzcianki, a ojciec z Krakowa.









