Lionel Messi w ostatnich latach kariery zaczął błyszczeć w reprezentacji nie dlatego, że dorósł, by stać się liderem na miarę Diego Maradony, czy dlatego, że wreszcie stał się bardziej argentyński niż kataloński, ale dlatego, że Lionel Scaloni przestał próbować zrobić z Argentyny latynoską Barcelonę.

Mecz Argentyny z Austrią przejdzie do historii jako ten, po którym Lionel Messi został najlepszym strzelcem w historii mundiali. Rekordzista, który strzelił wszystkie pięć argentyńskich goli na tym turnieju, przyćmiewa na razie narracyjnie całą drużynę. Trudne starcie z europejskim średniakiem, poza klasą Messiego, przypomniało jednak, że funkcjonujący od ponad stu lat mit "pibe", drobnego ulicznego cwaniaczka, w argentyńskim futbolu ma się znakomicie. Nawet jeśli jego najwybitniejszemu przedstawicielowi bardzo do tego archetypu daleko.

"Brudna twarz, grzywa włosów buntująca się przeciwko grzebieniowi; z inteligentnymi, wędrownymi, przebiegłymi i przekonującymi oczami oraz błyszczącym spojrzeniem, zdającym się sugerować łotrzykowski śmiech, który nie do końca udaje mu się wydobyć z ust, pełnych drobnych zębów, które mogły być starte od jedzenia wczorajszego chleba. Jego spodnie to kilka niedbale przyszytych łat; kamizelka w argentyńskie paski, z bardzo głębokim kołnierzem i wieloma dziurami wygryzionymi przez niewidzialne myszy". To nie portret Diego Maradony, lecz opublikowany w 1928 roku w argentyńskim dzienniku sportowym "El Grafico" opis typowego "pibe". Ulicznego bohatera, którego wcielenie tamtejszy futbol odnajdywał w każdym pokoleniu.