Po meczach z Arabią Saudyjską i Republiką Zielonego Przylądka reprezentacja Urugwaju miała mieć sześć punktów i przygotowywać się do hitu z Hiszpanią w ostatnim meczu grupowym. Tymczasem spotkanie z mistrzami Europy będzie ostatnią deską ratunku dla dwukrotnych mistrzów świata, którzy są krok od kompromitacji na mundialu. Kompromitacji, której jednak można było się spodziewać.

- To były dwa mecze, które mogliśmy i powinniśmy wygrać, a oba zremisowaliśmy. Nikt nie powinien mieć wątpliwości, że w obu byliśmy lepsi i w obu zasłużyliśmy na wygraną. Nawet przy takich błędach, jakie popełniliśmy. Za błędy w organizacji zawsze odpowiada trener. W tym przypadku to ja - mówił Marcelo Bielsa po tym, jak prowadzona przez niego reprezentacja Urugwaju tylko zremisowała z Republiką Zielonego Przylądka (2:2).

Drużyna Bielsy już drugi raz rozczarowała na tym mundialu, bo w pierwszej kolejce podzieliła się punktami z Arabią Saudyjską (1:1). 70-letni Argentyńczyk wziął na siebie całą odpowiedzialność, nie wspominając o koszmarnych, indywidualnych błędach Fernando Muslery i jego kolegów z obrony.

Bielsa - w swoim stylu - publicznie bronił drużyny. Ale w tym konkretnym przypadku nie oznacza to, że 70-latek jest liderem, za którym piłkarze poszliby w ogień. Wręcz przeciwnie, z mało szczelnej szatni reprezentacji Urugwaju wypłynęło już tyle szamba, że bardzo zła atmosfera w zespole nie jest żadną tajemnicą. I choć Urugwajczycy trafili do pozornie łatwej grupy, przed mistrzostwami świata kibice mieli wiele obaw o drużynę. Wielu z nich jako winowajcę wskazywało właśnie Bielsę.