Jackowa już nie ma, Polonia też się zmieniła. Kiedyś były tłumy w kościele i pogaduchy po mszy. Dzisiaj wiernych jest mniej, a po mszy każdy idzie do siebie. Ale można jeszcze w Chicago zbudować sobie małą Polskę, spotykać swoich i podtrzymywać tradycje. I w każdym z tych polskich zakątków mówią: przyjście Roberta Lewandowskiego by nam pomogło.

To już obrzeża Chicago, prawie 40 km od centrum. Najpierw autobus, później metro, pociąg i kilkunastominutowy spacer. Odkąd otworzyli drogę ekspresową, łatwiej dojechać samochodem. To typowe podmiejskie osiedle z amerykańskich filmów - niewielkie domy ustawione jak od linijki wzdłuż ulicy, nieoddzielone płotami, otoczone zielenią. Takie miejsca zastąpiły polskie niegdyś Jackowo, dzielnicę, w której jeszcze w latach 80. i 90. mnóstwo było Polaków, polskich piekarni, sklepów i restauracji. Teraz rodaków łatwiej spotkać poza miastem, na takich właśnie osiedlach. I to pewnie tam domu będzie też szukał Robert Lewandowski, jeśli zdecyduje się na transfer do Chicago.

Jeszcze jeden skręt w prawo i będę na miejscu. W Redmond Recreational Complex trenuje i rozgrywa mecze Wisłoka Chicago, założony w 2014 r. klub, który gra dziś w lidze UPSL, czyli na czwartym poziomie rozgrywkowym w USA, uznawanym za półzawodowy. Żaden polonijny klub w Chicago nie gra wyżej. To już poziom, na którym można marzyć o wielkich rzeczach. - Cztery lata temu na tym poziomie grał zawodnik, który dzisiaj jest na mundialu - mówi Dawid Rawicki, trener w akademii Wisłoki. Nie może sobie przypomnieć nazwiska, sprawdza w internecie i po chwili wbija mnie w fotel. - Yan Diomande - podaje. To reprezentant Wybrzeża Kości Słoniowej, który może na tych mistrzostwach zrobić furorę i za chwilę wyfrunąć z RB Lipsk do jeszcze mocniejszego klubu. Już teraz jest wart 90 mln euro, choć nowy pracodawca pewnie będzie musiał wyłożyć jeszcze więcej. Jeszcze w 2022 r. grał w Yulee Hornets na takim boisku jak to przede mną.