Trzy, cztery godziny, a czasem więcej. Tygodniowo pół etatu na same dojazdy do pracy. Z Sochaczewa, z Żyrardowa, z Siedlec, z Góry Kalwarii. Mieszkańców podwarszawskiego obwarzanka pytam o wypalenie dojazdowe.

- Średnio raz w roku mam taki psychiczny zjazd: wracam do domu z pracy i mówię do żony: „Przeprowadzamy się do Warszawy. Koniec z tym". A potem patrzę na ceny mieszkań, przesypiam się z tematem. I następnego dnia znowu wsiadam do pociągu - opowiada Artur z Żyrardowa.

Codziennie rano tysiące mieszkańców stołecznego obwarzanka ruszają do Warszawy. W okolicznych miejscowościach lawinowo ich przybywa, bo można tam kupić mieszkanie nie za cenę z kosmosu. Praca jednak dalej jest w Warszawie. Jedni jadą pół godziny, inni godzinę, a są i tacy, którzy spędzają w pociągach, autobusach i samochodach nawet cztery godziny dziennie. Dla jednych to cena, którą warto zapłacić za wyższe zarobki i większe możliwości zawodowe. Inni mówią o zmęczeniu, a nawet o "wypaleniu dojazdowym". Jak wygląda życie ludzi, którzy pokonują czasem ponad 200 kilometrów dziennie między domem a pracą?

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.