Na czterech pierwszych mundialach XXI wieku nie schodzili z podium. Dwanaście lat temu mieli świat u stóp. Choć nie przestali wypuszczać w świat talentów, reprezentacja Niemiec przeżywa najdłuższy kryzys w historii. Julian Nagelsmann ją podniósł, ale raczej nie na tyle, by spełnić obietnicę sprzed dwóch lat.

Gdy na dziewięć miesięcy przed organizowanymi u siebie mistrzostwami Europy w 2024 r. Niemcom zaczęło w oczy zaglądać widmo kolejnej kompromitacji, federacja postawiła na działania doraźne. Zwolniła selekcjonera Hansiego Flicka i sięgnęła po najbardziej cenionego z bezrobotnych wówczas niemieckich trenerów (Juergen Klopp prowadził wówczas jeszcze Liverpool, a Thomas Tuchel Bayern Monachium). 36-letni wtedy Julian Nagelsmann właściwie był za młody, by wchodzić do piłki reprezentacyjnej. Nawet jeśli w Bayernie nie wszystko wyszło mu tak, jak oczekiwano, spodziewano się go wkrótce ujrzeć prowadzącego jeden z angielskich gigantów. Wizja trenowania reprezentacji swojego kraju na domowym Euro okazała się jednak zbyt kusząca, by odmówić.

Problemy gwiazd

Ćwierćfinał, który wówczas osiągnął, po nieznacznej i poniesionej w kontrowersyjnych okolicznościach porażce z Hiszpanią, późniejszym triumfatorem, wystarczył, by uznano, że wypełnił misję. Zwłaszcza że udało mu się odświeżyć styl drużyny, co nie wyszło ani "późnemu" Joachimowi Loewowi, ani Flickowi. Nagelsmann został więc selekcjonerem na stałe. I pełen entuzjazmu ogłosił w lipcu 2024 roku, że za dwa lata zamierza świętować mistrzostwo świata.