Odkąd wymyślono mundiale, Brazylijczycy zaliczyli dotąd maksymalnie pięć kolejnych turniejów bez wygranej. Jeśli więc teraz nie sięgną wreszcie po mistrzostwo świata, będzie to ich najdłuższa posucha w historii. Choć mają gwiazdy futbolu i utytułowanego trenera, sukces wydaje się jednak mało realny.
Kto z przodu ma zawodników Realu Madryt, Barcelony i Manchesteru United, z tyłu finalistów Ligi Mistrzów, a na ławce najbardziej utytułowanego trenera w historii futbolu, powinien być murowanym faworytem do wygrania każdego turnieju. A jednak Brazylijczycy przystępują do mundialu z drugiego szeregu. Jako kandydat do triumfu wymieniani głównie dlatego, że tak się utarło. Największy kraj Ameryki Południowej nie przestał rodzić talentów, ale ma problem, by odpowiednio je wykorzystać.
Kiedy poprzednio mistrzostwa świata odbywały się w Ameryce Północnej, Carlo Ancelotti jako asystent Arrigo Sacchiego przeżywał finałową porażkę w rzutach karnych właśnie z Brazylią. Teraz to z nią spróbuje powalczyć w Stanach Zjednoczonych o pierwsze w karierze trofeum reprezentacyjne. W piłce klubowej Włoch wygrał wszystko. Jako pierwszy w historii triumfował w każdej z pięciu czołowych lig Europy. Stał się specjalistą od wygrywania Ligi Mistrzów. Jego warsztatowym znakiem rozpoznawczym stała się długa smycz, na której prowadzi gwiazdy. Zdaje się na ich intuicję, inteligencję taktyczną, doświadczenie. Lekarska zasada "po pierwsze nie szkodzić" uczyniła z niego najbardziej utytułowanego trenera w historii futbolu. To dlatego po licznych rozczarowaniach z krajowymi selekcjonerami Brazylia pierwszy raz zatrudniła obcokrajowca.










