Auschwitz nie spadło z nieba. A w polskim Sejmie działy się w ostatni wtorek rzeczy koszmarne. Dwóch polityków populistycznej prawicy domagało się z mównicy usunięcia z rządu i administracji osób o ukraińskim pochodzeniu.
To nie był pożałowania godny incydent, jednym z domagających się antyukraińskiej lustracji był wszak Przemysław Czarnek, kandydat PiS na premiera. A przygrywką do tej haniebnej akcji były wypowiedziane na antenie telewizji Polsat słowa dziennikarki Doroty Gawryluk, która zapytała: "dlaczego ktoś pochodzenia ukraińskiego i reprezentujący ukraińskie interesy jest w polskim rządzie?".
To nie był tylko atak na wiceministra nauki Andrzeja Szeptyckiego, który przyrównał żołnierzy UPA do polskich żołnierzy wyklętych. (Ukraiński prezydent zgodził się, by ta formacja walcząca z Sowietami i jednocześnie odpowiadająca za ludobójstwo Polaków na Wołyniu, została patronem jednego z ukraińskich batalionów, co wywołało w Polsce antyukraińską falę). To nie był tylko kolejny frontowy atak na rząd Koalicji 15 października. W rzeczywistości celem była ta cześć społeczeństwa, która nie popiera Prawa i Sprawiedliwości. Jarosław Kaczyński tuż po przejęciu władzy w 2015 r. dzielił Polaków na lepszy i gorszy sort, ludzi i element animalny, potomków akowców i potomków gestapowców, wykluczając w ten sposób ze wspólnoty ludzi, którzy wówczas stawiali się na marszach w obronie praworządności.











