Liczyliśmy, że będzie łatwiej, szybciej i zgodnie z planem wyśnionym na długo przed prezydenckimi wyborami. Ale droga jest trudniejsza i bardziej wymagająca. Może musimy nauczyć się cieszyć z nieidealnych zwycięstw.

Autorka jest sędzią, rzeczniczką prasową Stowarzyszenia Sędziów Polskich Iustitia. Wyborcza to Wy. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Niedawna rocznica wyborów 1989 r. ledwie nam mignęła w błogostanie długiego czerwcowego weekendu. Jakby pamięć o tym, że Polacy potrafią budować swoją wolność również mozolnie, po kawałku i kompromisami – była wstydliwa dla narodu, któremu co i rusz marzą się zwycięskie batalie w słusznej sprawie i przypięte do pleców husarskie skrzydła.

Prawie czterdzieści lat temu, w pierwszych, częściowo wolnych wyborach Polki i Polacy otworzyli – na tyle, na ile wówczas mogli – drzwi do budowy demokracji i prawdziwej wolności. Ale do dziś nie brakuje przecież głosów, że wydarzenia tamtych lat były zdradą ideałów w imię mocno wątpliwych korzyści.

To ostatnie stwierdzenie możemy usłyszeć także obecnie w odniesieniu próby odbudowy rządów prawa. Jakby za każdym takim działaniem stała ukryta nieczysta intencja. Jakbyśmy musieli już zawsze umniejszać każdy sukces i nie umieli doceniać własnych osiągnięć.