Pokrętną argumentację "wygranej przegranej" można by potraktować z należnym lekceważeniem, gdyby jej autorem nie był były minister sprawiedliwości, który jako prawnik, co prawda nigdy chyba nie praktykujący, powinien przestrzegać podstawowych zasad logiki.

Wyborcza to Wy. Piszcie: listy@wyborcza.pl

Znęcanie się nad leżącym nie jest zajęciem eleganckim. Ale akurat ten głośno podkreśla, że właściwie tylko się potknął, a poza tym jego pozycja jest horyzontalna tylko pozornie, bo w rzeczywistości świadczy o jego woli walki aż do zwycięstwa. Taką pokrętną argumentację „wygranej przegranej" można by potraktować z należnym lekceważeniem, gdyby jej autorem nie był były minister sprawiedliwości, który jako prawnik, co prawda nigdy chyba nie praktykujący, powinien przestrzegać podstawowych zasad logiki.

A przecież nie tak dawno „o większego trudno [było] zucha". Zbigniew Ziobro przez wiele lat głosił na prawo i na lewo: „Ja nikogo się nie boję! Choćby niedźwiedź to dostoję". Grał szeryfa, ostrzegając: „Komu zechcę, to dam radę!". Taki nadmiar nachalnej autopromocji nasuwał zasadne podejrzenie, że ma ona pokryć faktyczną niepewność jej autora odnośnie do swojej siły, odwagi i sprawczości. Potwierdzają to również inne objawy – np. skłonność do nerwicowych rumieńców, wpadanie w dyszkant w sytuacjach kryzysowych i przechodzenie w sferze publicznej na specyficznie kołyszący się krok „kowbojski", który zapewne ma być demonstracją pewności siebie godnej Johna Wayne’a.