Autobus kursuje, ale tylko do pierwszego przystanku, bo kolejne ulice są zamknięte. Taksówka jedzie dalej, ale w końcu potrzebuje postoju - kierowca najpierw ręcznie dokręca śruby przy kole pasażera, a później ustawia lewe koło dwoma kopniakami. Mexico City wita wielkim chaosem i serdecznymi uśmiechami. Korespondencja Dawida Szymczaka, dziennikarza Sport.pl, z mistrzostw świata.

Mundial wita już na lotnisku. Już w kolejce do kontroli paszportowej robi się kolorowo od reprezentacyjnych koszulek. Dominuje oczywiście ciemna zieleń Meksyku, ale we wtorkowy wieczór dolatują też kibice Republiki Południowej Afryki, która w czwartek otworzy te mistrzostwa jako rywal gospodarzy. Piłkarze są wszędzie – na kibiców wychodzących z lotniska z wielkiego bilbordu spogląda trzech reprezentantów Meksyku, tuż obok na niewiele mniejszym ekranie Leo Messi reklamuje piwo, a autobus na szybach ma naklejone piłki i mundialowe maskotki. Nawet mała kawiarnia zaraz za strefą przylotów została przyozdobiona flagami uczestników. Z rozpędu – również flagą Włoch.

Meksykanie to specjaliści od atmosfery. Ależ to może być początek mistrzostw!

Dobrze, że to wszystko zaczyna się w Mexico City. Mundial ma tutaj wymarzone warunki, by się rozkręcić – rozśpiewanych kibiców, prawdziwą miłość do futbolu, historyczny Estadio Azteca. Mundial tutaj wydaje się jakiś prawdziwszy, bliższy wyidealizowanym wyobrażeniom, czym powinien być. Meksyk to przecież pewniak. Jego kibice co cztery lata ubarwiają czyjś mundial. Ostatnio nawet Katar porwali do tańca. Fanatyczni, emocjonalni i rozśpiewani - tak ich zapamiętałem sprzed meczu z Polską, którym zaczynaliśmy poprzednie mistrzostwa. Meksykanie opowiadali wtedy, że musieli sprzedawać samochody, by mieć pieniądze na wyjazd i śmiali się, że żony groziły im rozwodami. A było ich tam tylu, że później, gdy Robert Lewandowski podszedł do rzutu karnego, na stadionie rozległy się tak przeraźliwe gwizdy, że miało się wrażenie, że Polska gra ten mecz na wyjeździe. Meksykańscy kibice byli jednym z najprawdziwszych elementów tamtego sztucznego mundialu, na którym nawet "fani" niektórych reprezentacji okazali się przebierańcami tańczącymi wokół głośnika według przećwiczonych wcześniej układów. I już wtedy zapraszali do siebie, na za cztery lata.