W Ciudad de Mexico wszystko jest inne i wcale nie tylko dlatego, że większe. Meksykanie potrafią świętować jak nikt, choćby nie mieli ku temu powodów. Dziś mają.

Mój syn, który mieszka w monumentalnej stolicy Meksyku, przełożył coroczną podróż do Polski ze względu na mundial. Nie może pamiętać mistrzostw z 1970 i 1986 roku, ich legenda przetrwała jednak do dziś. Z trzech nacji, organizujących trwający właśnie turniej, Meksykanie są tą jedyną, która autentycznie wynosi piłkę nożną ponad wszystko.

Wyprowadzić piłkę na ulice

Maciek pracuje w największym korporacyjnym banku świata w Ciudad de Mexico. Nie został jednak w domu po to, by chodzić na Estadio Azteca. 5000 dolarów za bilet to cena przewyższająca rozsądek kogoś z klasy średniej. Po co jednak pchać się na ciasne, stutysięczne trybuny, skoro mundial i futbol można wyprowadzić na ulice 22-milionowej aglomeracji, rozciągającej się w dolinie Meksyku, między wulkanami Popocatépetl (5426 m n.p.m.), Iztaccíhuatl (5230) czy Cerro del Chiquihuite (2730).

Fiesty meksykańskie można porównać do erupcji wulkanów. Jak się bawić, to tak, jakby jutra miało nie być. Maciek przysyła mi filmy ze stołecznych barów, gdzie jego rodacy świętują jak w transie szaleństwa. Czasem przekraczają granice. "Nie wiem, jak ja jutro dotrę do pracy" – napisał mi syn nad ranem z wtorku na środę, po zwycięstwie Meksyku nad Ekwadorem w 1/16 finału piłkarskich mistrzostw świata. Dzień wcześniej fani Meksyku śpiewali "serenady" pod hotelem piłkarzy z Ekwadoru, by zakłócić ich sen i osłabić przed spotkaniem. Musiała interweniować policja.