Pamiętam czasy, gdy kulminacją sezonu tenisowego były mistrzostwa Polski, a najlepszy polski singlista był w trzeciej setce rankingu ATP. Żyjemy w złotej erze polskiego tenisa, choć na co dzień nie zawsze zdajemy sobie z tego sprawy. W Paryżu przypomina nam o tym Maja Chwalińska.
W końcówce pierwszego seta półfinału trener Diany Sznajder zauważył, że Maja Chwalińska nie uderza piłki bekhendem wzdłuż linii. Rosjanka ustawiła się więc z prawej strony kortu, lewą zostawiła odsłoniętą, uznając, że nic jej nie grozi, dopóki będzie zagrywała Polce na bekhend. Tymczasem Chwalińska zagrała bekhendem wzdłuż linii, właśnie w lewą stronę Rosjanki. Bezradna Sznajder popatrzyła z wyrzutem na trenera, jakby chciała ironicznie zapytać: "no i co, panie mądraliński?".







