Nie miała bazy na Florydzie czy w Monako, tylko w Bielsku-Białej. Nie prowadził jej trenerski sztukmistrz z nazwiskiem, tylko spokojny Czech, który zna się na robocie. Nie miała na etacie Macieja Ryszczuka, jednak w decydującym momencie "pożyczyła" go od Igi Świątek. Ale Maja Chwalińska doszła do finału Rolanda Garrosa z jeszcze jednego powodu. Chodzi o miłość. Korespondencja z Paryża wysłannika Sport.pl, Łukasza Jachimiaka.
Maja Chwalińska się zakochała. Mówi o tym bez przerwy. Nie ma takiej konferencji prasowej podczas Rolanda Garrosa 2026, na której polska tenisistka nie opowiadałaby o swojej miłości. A miliony widzów w ostatnich dniach włączyły serial o tym pięknym uczuciu. To jest taka produkcja, w którą wciągnie się nawet ktoś, kto dotąd nie obejrzał ani jednego odcinka i dopiero teraz zamierza włączyć telewizor.
Jest taki stary żart, że ktoś albo coś wyskakuje nam nawet z lodówki. Chwalińska jest w ostatnich dniach wszędzie, pewnie właśnie nawet w tych naszych lodówkach. Ale czy boimy się je otwierać? Widząc w przeróżnych statystykach, jak setki tysięcy czytelników otwierają niemal każdy tekst z Chwalińską w tytule, wiem, że się nie boimy. Przeciwnie – szukamy Mai. A najbardziej chcielibyśmy znaleźć odpowiedź na pytanie tylko na pozór proste: "Jak do tego doszło?".









