Po porażce (0:2) z Ukrainą możemy się pocieszać, że to był tylko mecz towarzyski, a piłkarze myślami pewnie byli już na urlopach. Ale nasza gra w obronie musi martwić niezależnie od stawki i okoliczności spotkania. Grając w ten sposób, daleko nie zajedziemy.
fot. PAP/Maciej Kulczyński
Finał baraży o awans na mundial (2:3 ze Szwecją) był najlepszym ofensywnym występem reprezentacji Polski za kadencji Jana Urbana. Ale mimo to do USA, Meksyku i Kanady nie lecimy. Nie lecimy, bo jednocześnie zagraliśmy katastrofalnie w obronie. A to zapomnieliśmy o Anthonym Elandze, a to przy stałym fragmencie gry urwał się nam Gustaf Lagerbielke, a to w ostatniej chwili nie upilnowaliśmy Viktora Gyokeresa.
Szczęście, które dopisało nam kilka dni wcześniej w meczu z Albanią (2:1) na Stadionie Narodowym, tym razem nie było naszym sprzymierzeńcem. Urban - na gorąco, tuż po spotkaniu - celnie diagnozował przyczynę porażki ze Szwedami. - Na tym poziomie nie przystoi tak bronić. Za łatwo strzelali nam gole - mówił selekcjoner.
I mecz z Ukrainą potwierdził, że gra defensywna reprezentacji Polski wymaga szybkiej i zdecydowanej poprawy. To wręcz niewiarygodne, co znowu stało się z reprezentacją Polski. Drużyna Urbana w niedzielę znów bardzo łatwo traciła gole, przez co przegrała drugi mecz z rzędu. W obu straciła łącznie aż pięć goli. W ten sposób daleko nie zajedziemy.






