- Widzicie to? - pyta przewodnik naszego spaceru, wskazując na rozsypaną w drobny mak kostkę brukową na obrzeżach ulicy. Dwudziestoosobową gromadą kłębimy się wokół zapadliska i zastanawiamy się, co się tutaj stało. Jesteśmy na ulicy Grabowej w Lublinie, sam środek osiedla niskich bloków i domków jednorodzinnych. Może wjechał tutaj jakiś ciężki samochód i zniszczył nawierzchnię?- To deszczówka, która próbuje wyżłobić wąwóz - wyjaśnia przewodnik. - Jesteśmy na Lubelszczyźnie, to tutaj najbardziej naturalne ukształtowanie terenu, do którego cała natura dąży.
Podnoszę oczy i nad niewielkim korytem widzę las, który - dałabym sobie rękę uciąć - wyrósł jak spod ziemi. Nie widziałam go tutaj wcześniej, a jednak jest - i takich miejsc jak on w każdym mieście na całym świecie są tysiące. Nazwa potoczna: chaszcze, urzędowa: nieużytek, aktywistyczno-romantyczna: uroczysko.Science fiction, które dzieje się na naszych oczachPo rodzącym się wąwozie oprowadza nas dr Jan Kamiński, koordynator projektu "Zielone Sieci", czyli opracowania systemów zieleni dla miast, z Katedry Kształtowania i Projektowania Krajobrazu KUL. Na jego zawodowym koncie jest także przewodnik po miejskich uroczyskach.Rzeczy nienazwane nie mają wartości. Kiedy nadajemy czemuś imię, staje się w pewien sposób prawdziwe. Te obszary nie "zasługują" na miano rezerwatów, bo rosną w nich głównie rośliny pospolite, a niekiedy również gatunki inwazyjne - a jednocześnie przecież funkcjonują w świadomości mieszkańców, w tkance osiedla. Zdecydowaliśmy się na słowo "uroczyska" sugerujące pewną skrywaną we wnętrzu tajemnicę.Rzeczywiście, tajemnic jest tam sporo, jednak by je zrozumieć, najpierw trzeba zawędrować nieco głębiej w terminologię - bo, jak już ustalono, słowa są w tej historii kluczowe. Uroczyska to przykład tak zwanej "czwartej przyrody". Pierwsza to ta dzika, nietknięta ludzką ręką (najczęściej objęta ochroną rezerwatową, jak np. Las Bielański w Warszawie i Stary Gaj w Lublinie), druga - ta przekształcona przez człowieka (np. pola uprawne, sady owocowe). Trzecią stanowią ściśle i sztywno w porównaniu ze zwykłym lasem zaprojektowane parki i ogrody, czwarta natomiast obejmuje wszystko, co po sobie pozostawiliśmy. Zarośnięte do wysokości siatki opuszczone działki budowlane, niedziałająca fabryka, przez której potrzaskany sufit wlatują ptaki, a podłoga pokrywa się w pęknięciach trawą, porzucona hałda poprzemysłowa, na której nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się mały lasek. Wiele osób czuje pociąg do takich miejsc i specjalnie wyrusza na wyprawy, by podziwiać je bez zakłócania procesu "rozpadu" (ang. urban decay).







