Jedni ruszyli o świcie, zanim miasto na dobre się obudziło. Inni dopiero późnym wieczorem, gdy w domu zrobiło się cicho. Inni dopiero późnym wieczorem, gdy w domu zrobiło się cicho.

Jeszcze kilka lat temu trudno byłoby wyobrazić sobie wydarzenie sportowe tej skali bez zamkniętych ulic, barierek i tłumu czekającego na sygnał startera. Tymczasem największy bieg na świecie odbył się jednocześnie w tysiącach różnych miejsc.

23 maja uczestnicy Rossmann Run biegli po parkowych alejkach, leśnych ścieżkach, nadmorskich deptakach i osiedlowych chodnikach. Od małych miejscowości po największe miasta. Każdy swoim tempem, o wybranej porze i na własnych zasadach. Dlatego po raz kolejny zainteresowanie biegiem okazało się rekordowe.

Tegoroczna edycja Rossmann Run od początku zapowiadała się wyjątkowo. 29 kwietnia otwarto zapisy dla osób, które brały udział w biegu rok temu. Dzień później możliwość dołączenia otrzymali pozostali uczestnicy. Wszystkie miejsca zniknęły w zaledwie 36 godzin. Łącznie organizatorzy przygotowali aż 600 tysięcy miejsc. Więcej niż rok wcześniej, gdy Rossmann Run został największym wirtualnym biegiem na świecie.

23 maja na trasy ruszyło 521 tysięcy osób. Za tymi liczbami stoi jednak coś więcej niż sportowy rekord. Rossmann Run po raz kolejny pokazał, że wiele osób chce się ruszać, ale bez atmosfery rywalizacji i presji wyniku. Tutaj nie trzeba było walczyć o życiówkę ani ścigać się z innymi. Wyniki opublikowano alfabetycznie, a nie według czasu na mecie. Dla jednych był to regularny trening. Dla innych pierwszy kilometr przebiegnięty od lat. Ktoś wystartował z wózkiem dziecięcym, ktoś inny potraktował bieg jako pretekst, żeby po prostu wyjść z domu i zrobić coś dla siebie.