Sprzedała ponad 180 mln egzemplarzy płyt, wypromowała kilkadziesiąt ponadczasowych przebojów i zagrała tysiące koncertów w różnych zakątkach świata. Podczas gdy fani nazywali ją królową rock and rolla, ona walczyła o uporządkowanie swojego życia prywatnego. Życie Anny Mae Bullock, bo tak naprawdę nazywała się artystka, od dzieciństwa było naznaczone cierpieniem. Gdy przyszła na świat, jej rodzice Zelma Currie i Floyd Richard, byli bardzo młodzi, więc w jej wychowywaniu pomagali dziadkowie. Jako diakoni kościoła baptystów wpajali wnuczce surowe zasady, których nie zawsze chciała przestrzegać. Brakowało jej też miłości i troski. Miała 11 lat, gdy jej mama odeszła od męża, zostawiając rodzinę, a 2 lata później taką samą decyzję podjął jej ojciec. Wówczas jedyną ucieczką od przytłaczającej rzeczywistości i samotności stała się dla niej muzyka.
To on był ojcem pierwszego syna Turner. Zostawił ją jeszcze przed porodem
Zaczynała, śpiewając w kościele, a kiedy w latach 50. przeprowadziła się do Saint Louis, zaczęła występować w chórkach różnych zespołów. Miała głos jak dzwon, ale nawet nie śmiała marzyć, by kiedykolwiek mogła się z niego utrzymywać. Za dnia pracowała jako pomoc w szpitalu, a wieczorami chodziła do klubów, w których wyżywała się artystycznie. To właśnie w jednym z takich miejsc na początku 1958 roku poznała Ike'a Turnera, lidera grupy Kings of Rythm. Korzystając z okazji, zapytała go o współpracę i choć początkowo był niechętny, to gdy ją usłyszał, nie miał wątpliwości, że nie może "puścić" takiego talentu wolno.













