Jeszcze niedawno mieszanie języka polskiego z angielskim w codziennych konwersacjach bywało traktowane jako coś nienaturalnego. Niektórzy widzieli w tym zachowanie "na pokaz". A dziś? Trudno od tego uciec. Angielskie słowa przenikają niepostrzeżenie do języka. Często dzieje się to w sposób płynny. Nie zdążymy się zorientować, a sami podczas wypowiedzi używamy niektórych z nich. Widzimy to w mediach społecznościowych, reklamach, w środowisku pracy, a także w popkulturze. Określenia takie jak: weekend, hobby, smartfon, deadline, feedback, influencer, fast food funkcjonują niemal na równi z polskimi odpowiednikami.
Zobacz wideo NITA o sytuacjach, które sprowadziły ją do parteru. "Życie prywatne i zawodowe było w chaosie"
Dla językowych purystów to dowód na utratę czystości polszczyzny, dla innych naturalna konsekwencja życia w świecie, który od dawna nie ma już językowych granic. - Językoznawcy buntują się przeciwko anglicyzmom tylko wtedy, gdy wypierają one dobrze funkcjonujące polskie słowa. Są oczywiście takie obce słowa, które trafnie nazywają jakieś zjawisko, nie ma więc potrzeby, by wymyślać rodzime określenia, choćby "event", który jest pojemniejszy znaczeniowo niż wydarzenie, spotkanie czy impreza (nawiasem mówiąc, także zapożyczona) - wyjaśniła perspektywę ekspertów od polszczyzny prof. dr hab. Ewa Kołodziejek, językoznawca z Uniwersytetu Szczecińskiego, na łamach prestizszczecin.pl.













