W reprezentacji Polski Mateusz Ponitka jest bestią i wie o tym cała Europa. Dlaczego w karierze klubowej nigdy nie wszedł na tak wysoki poziom?
Ta historia powtarza się od lat. Mateusz Ponitka wychodzi na boisko w reprezentacji Polski i serwisy społecznościowe zalewają słowa zachwytu. "Ulubiony superbohater twoich superbohaterów" – pisze jeden z oficjalnych profili FIBA, a kibice ścigają się na ponitkowe bon moty. Są ich dziesiątki, wśród nich taki: "Są trzy rzeczy pewne w życiu: śmierć, podatki, Mateusz Ponitka w beast mode, gdy trzeba grać dla kadry". Tryb bestii – dobrze napisane.
W czwartkowym meczu eliminacji mistrzostw świata z Izraelem (106:86) Ponitka zdobył 24 punkty, miał sześć zbiórek, dziewięć asyst i cztery bloki. Nadawał ton grze, kierował kolegami, brał na siebie ciężar zdobywania punktów. I to nie po raz pierwszy, piąty czy dziesiąty. On w kadrze gra tak od co najmniej kilku lat. Jest gwiazdą przez wielkie G. Ale dlaczego nie jest nią w koszykówce klubowej?
Wojna wybiła go z rytmu
W niej kapitan reprezentacji Polski jest jednym z wielu. Owszem, dwa razy był mistrzem Belgii, otrzymał nagrodę "EuroCup Rising Star Trophy", grał w meczu gwiazd w Turcji, znalazł się w drugiej piątce ligi hiszpańskiej oraz był kapitanem Zenita Sankt Petersburg, ćwierćfinalisty Euroligi, ze średnimi 8,4 punktu, 5,2 zbiórki oraz 3,1 asysty. Ale nigdy nie był gwiazdą, liderem silnego zespołu ani graczem rozchwytywanym na rynku. W dwóch ostatnich sezonach grał w Bahcesehirze Stambuł, czołowym zespole ligi tureckiej, drużynie EuroCup – w tym drugim cyklu miał ostatnio 8,2 punktu, 3,8 zbiórki oraz 2,2 asysty.






