W piłkarskim świecie, pełnym poprawności i banałów, on drażni, prowokuje, dla wielu jest nie do zniesienia. - Wierzy, że jest najlepszy na świecie - mówił o nim kolega z duńskiego AGF Aarhus. Kamil Grabara bramy Juventusu otworzył sobie jednak nie arogancją, a umiejętnościami.
Ta irytująca aura, o której w rozmowie z "Aftonbladet" wspominał William Eskelinen, były kolega Grabary z AGF Aarhus, to nie defekt, bardziej handicap. Szczególnie na tej specyficznej pozycji. - To naprawdę wyjątkowy facet. Kiedy dołączył do klubu dość szybko zrozumiałem, że zostanie golkiperem, który będzie regularnie występował w jednej z pięciu najlepszych lig w Europie. Taki jest dobry - przekonywał Eskelinen. Słowa Szweda sprawdziły się po kilku latach. Po występach w FC Kopenhaga, Grabara poszedł do Bundesligi, do VfL Wolfsburg. A teraz, po spadku tego klubu, w którym był wyróżniającym się zawodnikiem, sięgnęła po niego jedna z najlepszych drużyn Włoch. Grabara właśnie oficjalnie podpisał roczną umowę z wielkim Juventusem. Sam sobie ją wywalczył.
Buszujący na betonie. "Lepiej, żebyś nie brał się za bronienie"
Drogę Grabary na Allianz Stadium można streścić, parafrazując znane piłkarskie hasło. Brzmiałoby ono: "Z betonu na stadion". Początki kariery Grabary w Wawelu Wirek, który wychował kilku reprezentantów, to była szkoła przetrwania. Treningi na żwirze, biegnie wśród kamieni - to w pierwszej dekadzie XXI wieku w polskich klubach nie było niczym niezwykłym. W Ruchu Chorzów, do którego później dołączył, na boisku pod bramką był akurat beton. "Czegoś to uczy" - komentował te czasy w rozmowie z "Przeglądem Sportowym" Grabara, choć sygnalizował też, że czasami miał dość.









