Siły Obronne Izraela nie widzą przesłanek, by wszczynać śledztwo kryminalne ws. ataku na konwój humanitarny w Strefie Gazy, w którym zginął m.in. polski wolontariusz Damian Soból. Wojsko przyznaje, że błędnie uznało ochroniarza za bojownika Hamasu, ale nie dopatrzyło się przestępstwa. Jeden z dowódców stracił stanowisko, ale krótko później znalazł zatrudnienie w ministerstwie obrony.

IDF przekazały, że doszło do poważnych uchybień, przez które żołnierze mieli "błędnie zidentyfikować" uzbrojonego ochroniarza, który podróżował z konwojem z pomocą humanitarną z portu do magazynu - uznano go za bojownika Hamasu. Żołnierze "na podstawie zgromadzonego doświadczenia operacyjnego" ocenili, że obecność uzbrojonego mężczyzny i pojazdów w otoczeniu ciężarówek z pomocą humanitarną "odpowiada scenariuszowi, w którym Hamas przejął kontrolę nad konwojem". Wojsko tłumaczy, że nie zostało uprzedzone o obecności ochroniarza, a w trakcie akcji nie zdołano się skontaktować z World Central Kitchen.

"Po dotarciu konwoju do wyznaczonego magazynu i rozładowaniu pomocy humanitarnej, kilka osób zostało, jak się później okazało - omyłkowo, zidentyfikowanych jako osoby uzbrojone. Osoby te wsiadły do pojazdów, które ruszyły na południe od magazynu, zbaczając z trasy, którą organizacja wcześniej ustaliła z IDF. W związku z tym oceniono, że bojownicy Hamasu przejęli kontrolę nad konwojem, zanim dotarł do magazynu. Siły Obronne Izraela błędnie uznały, że w pojazdach znajdują się bojownicy Hamasu i w związku z tym zaatakowały pojazdy" - czytamy w opublikowanym przez wojsko dokumencie.