Akcja jest zazwyczaj krótka: przylot do Antalyi czy Stambułu, kilka wizyt w klinice i prezentacja równego, śnieżnobiałego uśmiechu. Algorytmy Instagrama i TikToka premiują spektakularne przemiany, dlatego w nagraniach rzadko oglądamy diagnostykę, szlifowanie i późniejsze kontrole. Zwykle nie dowiemy się z nich również, że "tureckie zęby" nie są nazwą konkretnej metody leczenia.

Pod tym chwytliwym hasłem mogą kryć się zarówno licówki i korony, jak i znacznie bardziej radykalne zabiegi: usunięcie zębów oraz odbudowa na implantach. Kiedy poprawianie wyglądu przestaje być niewinną metamorfozą, a staje się nieodwracalną ingerencją w zdrowe tkanki? O tym rozmawiamy z dr n. med. Ewą Prażmo, lekarzem dentystą i specjalistką ortodoncji.

Zobacz wideo Czy zęby trzeba myć po każdym posiłku? [NaZdrowie]

Kinga Adamczak, kobieta.gazeta.pl: Skąd wzięła się moda na tzw. tureckie zęby? Co sprawia, że tak wiele osób jest gotowych wyjechać za granicę i poddać się tak radykalnej metamorfozie?

Ewa Prażmo: Złożyły się na to trzy rzeczy. Pierwsza to różnica cen - pełna przebudowa uśmiechu w kraju o niższych kosztach pracy bywa istotnie tańsza, a często sprzedawana jest w pakiecie z hotelem i transferem z lotniska, co dodatkowo obniża próg decyzyjny. Druga to czas. Pacjent słyszy: siedem dni, dwie wizyty, nowy uśmiech. Trzecia to media społecznościowe, w których algorytmy premiują metamorfozę - zmiana o 180 stopni w bardzo krótkim czasie odbierana jest lepiej niż powolna, stopniowa poprawa.