Są takie wizyty, które kończą się nie zabiegiem, a... długą rozmową. Lekarz odkłada strzykawkę, zamyka kartę pacjenta i zaczyna zadawać pytania. Nie o zmarszczki ani usta. O motywację. O oczekiwania. O to, dlaczego właśnie dziś pojawiła się potrzeba kolejnej zmiany. Tymczasem w mediach społecznościowych wszystko wydaje się znacznie prostsze. Kilkanaście minut w gabinecie, zdjęcie "przed i po", lawina zachwytów i kolejny trend gotowy. Rzeczywistość wygląda jednak zupełnie inaczej, mniej efektownie, za to znacznie bardziej po ludzku.
Rozmawiając z dr Ewą Rybicką, lekarką medycyny estetycznej i naprawczej, szybko zrozumiałam, że najciekawsze historie nie dotyczą spektakularnych metamorfoz. Dotyczą momentów, w których specjalista świadomie mówi pacjentowi "nie". I wcale nie robi tego przeciwko niemu.
Zobacz wideo Jak wybrać najlepszy zabieg na opadające powieki i brwi? Czy lifting będzie tak popularny jak botoks? | Zdrowa Rozmowa
Nie każde "chcę jeszcze" oznacza uzależnienie. Istnieje jednak moment, który niepokoi lekarzy
Medycyna estetyczna przestała być luksusem zarezerwowanym dla gwiazd i najbogatszych. Dziś dla wielu osób jest po prostu kolejną wizytą wpisaną do kalendarza, obok fryzjera, dentysty czy kosmetyczki. Skala tego zjawiska rośnie z roku na rok. Najnowsze badania opinii publicznej pokazują, że przynajmniej raz w życiu z zabiegów skorzystało już około 6,5 mln dorosłych Polaków. Wśród pacjentów wciąż dominują kobiety, ale mężczyźni stanowią już blisko jedną szóstą klientów gabinetów.








