Pewnego dnia, kiedy mamy nie było w domu, dzieciaki z podwórka zaczęły powtarzać nieznane mi dotychczas słowo "powstanie" i z przerażeniem zrozumiałem, że już któryś z kolei dzień ona z Warszawy nie wraca.

W chwili, gdy pisałem te słowa, w Warszawie trwały uroczystości związane z rocznicą Powstania Warszawskiego. Nie potrafię w takim dniu pozostać niemy, zignorować tego tematu, który żyć będzie w pamięci zbiorowej Polaków na wieki.

Tylko że ja podczas tego wielkiego zrywu miałem zaledwie pięć lat i mieszkałem we Włochach, dziś dzielnicy Warszawy, nieobjętych walkami, a więc Powstania samego nie przeżyłem osobiście. Mam natomiast mnóstwo wspomnień, które można nazwać okołopowstaniowymi, którymi chciałbym się z Czytelnikami podzielić, bo te, jak mi się wydaje, też są częścią naszej historii.

Mieszkaliśmy w tzw. "Starych Włochach", po południowej stronie torów kolejowych. Moja Matka, którą nazywałem Matusia, często wyjeżdżała do Warszawy, jak już po wojnie dowiedziałem się, w różnych miejscach prowadziła tajne komplety, czyli zakazane przez okupanta nauczanie.

Mną i Anulką – kuzynką, która straciła obojga rodziców na skutek Holokaustu – w czasie, kiedy Matusi w domu nie było, opiekowała się Geniusia, moja piastunka jeszcze sprzed wybuchu wojny, która według lipnych papierów okupacyjnych występowała jako moja matka i do niej miałem zwracać się "Mamusiu". Matusia z Warszawy (w papierach moja ciocia i zarazem chrzestna) przeważnie wracała po dwóch, trzech dniach, do czego zdążyłem się przyzwyczaić.