Są jednym z najbardziej utytułowanych klubów świata, a w finale europejskiego pucharu grali raptem cztery lata temu. Skoro dziś mogą zazdrościć stabilizacji i klarownej wizji rozwoju Jagiellonii Białystok, to znaczy, że w Rangers FC wiele poszło w ostatnich latach źle. Polski klub może to wykorzystać.
Kiedy Rangers FC rozgrywał pierwszy mecz po bankructwie, świat obiegły nagrania 50 tysięcy ludzi śpiewających "Three little birds" Boba Marleya. Słynne wersy refrenu: "Don’t worry about a thing, cause every little thing is gonna be alright" idealnie pasowały do sytuacji niegdysiejszego europejskiego giganta, startującego od IV ligi. Dziesięć lat później, gdy sto tysięcy fanów z Glasgow poleciało do Sewilli na finał europejskiego pucharu z udziałem swojej drużyny, przepowiednia zdawała się ziszczać. Faktycznie nie było powodu, by się martwić i wszystko poszło dobrze.
Rangersi przegrali tamten finał Ligi Europy, bo w karnych lepszy okazał się Eintracht Frankfurt. Wydawało się to jednak nie mieć większego znaczenia. Rok wcześniej udało się zdobyć pierwsze od dekady mistrzostwo Szkocji, nie przegrywając w trakcie sezonu ani jednego meczu. Rok później awansować do Ligi Mistrzów. Szkocki klub zaczynał wracać na miejsce, jakie zajmował przez dekady: jednego z najważniejszych adresów europejskiej piłki poza czołowymi ligami. Gdzieś obok gigantów portugalskich i holenderskich oraz znienawidzonego Celticu.






