Gdy zespół nie umiał mu dograć w pole karne, strzelił tuż zza szesnastki. Gdy koledze nie wyszło wykończenie akcji, niedługo potem pokazał mu, jak to się robi. Robert Lewandowski jak dotąd w swojej karierze nie strzelał za często w debiutach na domowym obiekcie nowego klubu. Tym razem było inaczej. Jego dublet dał Chicago Fire upragnione zwycięstwo z Charlotte FC 2:1, a sam Polak może w końcu odetchnąć. Oraz chwilę odpocząć, bo pierwszy raz w nowych barwach rozegrał cały mecz.

Czy Robert Lewandowski ma w zwyczaju strzelać w debiutach przed własną publicznością? Historia wskazuje na to, że nie za bardzo. Polski napastnik jak dotąd miał takowych debiutów na koncie pięć. Spojrzeliśmy w przeszłość i okazało się, że trafić do siatki w pierwszym meczu na domowym stadionie nowej drużyny udało mu się tylko raz. W dodatku nie było to ani na Camp Nou, ani na Allianz Arenie, ani na Signal Iduna Park, ani nawet w Poznaniu. Dokonał tego wyłącznie w Pruszkowie, jeszcze jako 17-latek w sierpniu 2006 roku (niecały tydzień przed 18. urodzinami) w starciu rundy wstępnej Pucharu Polski z Mrągowią Mrągowo, które Znicz wygrał 4:1.

Chicago murem za Lewandowskim. Nie tylko piłkarskie

Skoro zatem Lewandowski przywitał się z własnymi kibicami golem w swoim pierwszym klubie, to można się było zastanawiać, czy powtórzy to w zespole zapewne ostatnim. Bezsprzecznie wszyscy tego potrzebowali. On sam, by rozwiązać worek z bramkami w MLS i przekonać się, że koledzy jednak potrafią mu podać. Kibice, którzy zaczęli już po dwóch meczach tęsknić za jego poprzednikiem Hugo Cuypersem. Trener Gregg Berhalter, by upewnić się, że proces dopasowywania Polaka do drużyny idzie w dobrym kierunku. Oraz sama drużyna, bo po mundialu Chicago Fire przegrało oba mecze, jakie rozegrało i groziła im pierwsza w sezonie seria trzech porażek.