Szutrową drogą dojechałam do Lukomiru, najbardziej odizolowanej wsi Bośni i Hercegowiny. Zimą mieszkańcy przenoszą się niżej, a latem gotują w domach obiady dla turystów.
– Witamy w Czarnogórze – mówi starszy mężczyzna.
Jeszcze chwilę temu byliśmy w Bośni. Nic nie wskazuje na to, że właśnie przekroczyliśmy granicę. Nie ma szlabanu ani pograniczników. Jest jezioro Trnovačko o kształcie serca, trzy drewniane chaty i świnia obracająca się nad ogniem.
Dotarliśmy tu, schodząc z Maglicia, najwyższego szczytu Bośni i Hercegowiny. Od trzymania się metalowych lin zostały mi bąble na dłoniach.
Piwo i cola dla turystów chłodzą się w baniakach z wodą. Kolejne zapasy właśnie dotarły. Konie niosły je w wielkich worach przez góry, bo inaczej zaopatrzenia nie da się dostarczyć.















