Na obecność dzieci we wspólnej przestrzeni jest agresywna, systemowa nagonka. Wykluczenie ze względu na wiek jest coraz bardziej społecznie akceptowalne. A gdy dajemy sygnał, że dzieci przeszkadzają, tak naprawdę wykluczamy z życia społecznego ich matki - mówi Zofia Urbanek, antropolożka.
Olga Szpunar: "Jak wsiadasz z niemowlakiem na rękach do samolotu, to poczucie władzy, dominacji i lęku, jaki budzisz, jest takie, jakbyś z pitbullem na osiedle wjeżdżał. Nikt nie wie, gdzie ja usiądę. Czasami dwa razy przez samolot idę, żeby pokazać, że ja tu jestem kapitanem" - opowiada w swoim stand-upie komik Antonii Syrek-Dąbrowski. Ludzie się śmieją ze zrozumieniem. Zna pani takie sytuacje?
Zofia Urbanek, antropolożka kultury, żona i mama trójki dzieci: Jasne, że znam. Tylko że jak o nich słyszę, to śmiać mi się nie chce. Bo od razu wyobrażam sobie tę przerażoną i znerwicowaną matkę, która czuje się odpowiedzialna nie tylko za swoje głośno płaczące na pokładzie samolotu dziecko, ale także za dyskomfort innych pasażerów, którzy mają problem z tym płaczem. A mają, bo jako społeczeństwo nie jesteśmy zsocjalizowani. Dorosły ma taką przewagę nad dziećmi, że może regulować swoje emocje. Gdy obce dziecko płacze w zamkniętej przestrzeni, zamiast patrzeć z nienawiścią na biedną matkę, która nie może go uspokoić i rzucać w jej stronę kąśliwe uwagi, można znaleźć inne wyjście z sytuacji i na przykład założyć na uszy słuchawki.







