Aleksandar Vuković przez ostatnie lata dorobił się łatki trenera skupionego na obronie, którego drużyny rzadko oferują widowiska. To raczej nie jest jednak cała prawda o jego warsztacie i nastawieniu. Pierwsze symptomy zmiany już widać.

Najbardziej obfitujący w podbramkowe spięcia mecz 1. kolejki Ekstraklasy dość niespodziewanie odbył się w Łodzi. Nie dość, że w starciu Widzewa z Motorem Lublin padły cztery bramki, to jeszcze kibice oglądali strzały w słupek, piękne kombinacje i interwencje bramkarzy w sytuacjach sam na sam. Wyższy od Widzewa wynik w golach oczekiwanych w pierwszy weekend nowego sezonu zanotowała tylko Legia Warszawa. To zaskakujący obrót wydarzeń, ale tylko, jeśli brać pod uwagę, jak często Aleksandar Vuković był wiosną krytykowany za asekuranckie nastawienie budowanej za miliony drużyny. Rzeczywista charakterystyka trenera Widzewa każe się jednak spodziewać, że widowiska z udziałem jego zespołu będą się w tym sezonie zdarzać znacznie częściej.

Trenerów można roboczo podzielić na trzy kategorie, z których najszersza jest wbrew pozorom ta środkowa. Zdarzają się oczywiście radykałowie, którzy w każdym miejscu i we wszystkich okolicznościach chcą grać ładnie, efektownie, do przodu i z myślą o widowisku. Oraz tacy, którzy w każdej drużynie zabijają ofensywny entuzjazm i nawet najbardziej kreatywnych piłkarzy zagonią do defensywy. Zdecydowana większość dostosowuje się jednak do możliwości i inaczej zachowuje się w Stali Mielec, a inaczej w Lechu Poznań. Nie wszyscy mają jednak to szczęście, by móc pokazać oba oblicza. Specjaliści od pracy w dużych klubach, jeśli niczego nie zepsują, raczej nie muszą walczyć o utrzymanie. Strażacy, bazujący na ratowaniu ligowego bytu, rzadko dostają okazję gry o mistrzostwo.