- Ten gol to dla niego akt sprawiedliwości - uważa selekcjoner mistrzów świata Luis de la Fuente. Nękany od lat przez hejterów Ferran Torres, który rozstrzygnął finał mundialu, nie może być jednak pewny swojej przyszłości w Barcelonie.
"To jest Ferran mojego życia" – napisał komentator madryckiego dziennika "Marca" po zwycięskich dla Hiszpanii mistrzostwach świata w USA, Kanadzie i Meksyku. To rzecz jasna aluzja do legendarnego zdania, wykrzyczanego przez Jose Antonio Camacho 16 lat wcześniej podczas mundialu w RPA. Były piłkarz i trener Realu Madryt komentował finał Hiszpania – Holandia (1:0) w 2010 roku. Rozstrzygnął go gol Andresa Iniesty – pomocnika Barcelony powszechnie podziwianego i kochanego w całej Hiszpanii. Genialnego Iniestę fetowano potem na wszystkich stadionach La Liga. Ferran Torres był w skrajnie odmiennej sytuacji.
Ferran - niedoceniany
Skrzydłowemu Barcelony wielu fanów dawało odczuć na każdym kroku, że nie dorasta do poziomu ani klubu z Camp Nou, ani reprezentacji kraju. Przed nim kozłem ofiarnym hiszpańskiej piłki był napastnik Alvaro Morata, ale gdy Luis de la Fuente przestał powoływać do kadry wychowanka Realu Madryt, hejterzy skupili swoją złość na Ferranie.
W Barcelonie spędził 4,5 roku. W dwóch ostatnich sezonach zdobył dla niej 40 bramek. Nie skarżył się i nie protestował, gdy Xavi Hernandez, a potem Hansi Flick sadzali go na ławkę rezerwowych. Przez trzy lata napastnikiem numer 1 w klubie z Camp Nou był Robert Lewandowski. Dopiero w ostatnich 10 miesiącach grali z Ferranem na zmianę.







