To najmniej spodziewany pucharowicz - GKS Katowice miał walczyć o utrzymanie, a skończył na piątym miejscu i z fajerwerkami wszedł do eliminacji Ligi Konferencji Europy. Ale od tej pory zrobił wszystko, by do tej walki być odpowiednio przygotowany. Teraz pora napisać kolejny rozdział tej bajki.
Kwiecień. Walka o mistrzostwo Polski i miejsca w europejskich pucharach idzie na żyletki. Gdy piłkarze GKS Katowice schodzą z boiska w Poznaniu po remisie 3:3 z Lechem, słyszą od swoich rywali, że jeszcze nikt ich w tym sezonie tak nie pogonił i nie nastraszył jak oni. Trzy razy wychodzili w tym meczu na prowadzenie, a Lech ostatecznie wyszarpał remis dopiero po golu w 80. minucie. I to on odczuwał ulgę, że ten mecz już się skończył. Tamte dni pokazały Gieksę w pigułce.
Niecałe trzy doby wcześniej przegrała przecież po rzutach karnych z Rakowem Częstochowa w półfinale Pucharu Polski. To był jeszcze bardziej szalony mecz niż ten w Poznaniu: 2:0 dla Gieksy do przerwy, 3:2 dla Rakowa w 67. minucie i gol Adama Zrelaka w doliczonym czasie gry, który doprowadził do dogrywki. W niej piłkarze jeszcze dali sobie po razie - najpierw bramkę na 4:3 zdobył Raków, a później - znów rzutem na taśmę - wyrównała Gieksa. I gdy jej piłkarze powoli zaczynali już wierzyć, że są nie do złamania, a wyjazd na Narodowy jest im pisany, nagle wszystko się skończyło. Przegrali w karnych. To była plątanina różnych emocji - niby duma, bo zaszli daleko, zagrali pięknie, zapewnili niezwykłe emocje i walczyli do końca, ale też smutek i pustka, bo przecież kończyła się przygoda ich życia.







