Czy walka z dopingiem w kolarstwie usprawiedliwia wszystkie bezpardonowe środki? To pytanie zadaje sobie peleton po dramatycznym wypadku i wycofaniu się z Tour de France wicelidera i dwukrotnego triumfatora Jonasa Vingegaarda.

Wyjeżdżając z ronda w miejscowości Bonneville, Jonas Vingegaard po uślizgu koła uderzył rowerem w krawężnik, przewrócił się i doznał poważnego złamania obojczyka. W kraksie przed decydującym podjazdem 15. etapu Tour de France na Plateau de Solaison (1508 m n.p.m.), 21 kilometrów przed finiszową kreską, uczestniczyło jeszcze kilku innych kolarzy. Ujęcia kamer pokazały, jak Duńczyk trzyma się za bark, a następnie wsiada do karetki. Został odwieziony do szpitala na operację zespolenia kości. W ten sposób skończyły się jego marzenia o trzecim triumfie w najważniejszym wyścigu świata. A rozpoczęły rozważania o dżungli, w której trwa bitwa instytucji antydopingowych z oszustami.

Do nieszczęśliwego zdarzenia doszło przy dużej prędkości, z jaką pędził peleton. Na jego czele ostro pracowali kolarze Visma-Lease a Bike, zespołu wicelidera wyścigu, chcąc zredukować przewagę ucieczki. Pędząc około 40 km/h, wjechali na nietypowe, bardzo ciasne rondo. Było tam tak wąsko, że wszyscy – w tym jadący przed peletonem motocyklista Tour de France – wyjeżdżali z niego pod prąd.