Po przegranej Igi Świątek na Wimbledonie nie brakuje opinii ze strony środowiska tenisowego, że jej zeszłoroczny sukces w Londynie był "dziełem przypadku". Takie argumenty wprost obrażają. To niesprawiedliwa narracja, która w obecnej sytuacji, gdy Świątek notuje słabszy okres, jest dodatkowo szkodliwa - pisze Dominik Senkowski ze Sport.pl.

Sport ma to do siebie, że pamięć kibiców i części ekspertów bywa wyjątkowo krótka. Wystarczy kilka słabszych tygodni, wczesne odpadnięcie z wielkoszlemowego turnieju i - jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki - największe osiągnięcia w karierze sportowca są podważane, relatywizowane i sprowadzane do roli "przypadku". Dokładnie to dzieje się teraz z Igą Świątek. Po tym, jak Polka pożegnała się z tegorocznym Wimbledonem na etapie trzeciej rundy, w przestrzeni medialnej, w komentarzach, a nawet w wypowiedziach ludzi związanych z tenisem nie zabrakło redefinicji jej zeszłorocznego triumfu w Londynie.

Narracja o "przypadku" i "wypadku przy pracy"

Najpierw doświadczony trener tenisa Paweł Strauss w rozmowie z Interią wprost zasugerował, że choć szanuje wygraną Igi z 2025 r., to jednak ma do niej swoje zastrzeżenia. - Iga jest wspaniałą zawodniczką, ikoną, która w pewnym momencie, jak to się mówi, zaczęła zjeżdżać z toru. To, że wygrała w zeszłym roku Wimbledon, to wspaniałe i tego jej nie zabierajmy, choć możemy analizować tamtą sytuację z postawą jej rywalki w finale, która jakby nie chciała tam być i grać. Niemniej tamtą sytuację bardziej nazywam wypadkiem przy pracy. Z Fissette'em wygrali Wimbledon, pełny respekt, ale to nie był wynik procesu - wskazał Strauss.