- Świetna robota, gratulacje! - wiwatują członkowie obsługi Wimbledonu i przybijają piątki kibicom mijającym bramę niczym metę maratonu. Tak w tym roku celebruje się osoby, które zdobyły bilety na mecze po wielogodzinnym koczowaniu w słynnej "The Queue". Bywa, że samo stanie w będącej od ponad stu lat częścią tradycji londyńskiego turnieju kolejce jest ważniejsze niż sam mecz.
Jeśli zwykły kibic chciałby kupić oficjalną drogą bilet na atrakcyjny mecz piłkarskich mistrzostw świata lub na Super Bowl rano w dniu spotkania, to wytrawny fan uśmiechnie się z politowaniem i postuka wymownie palcem w głowę. Na Wimbledonie jest inaczej. W takim wypadku uprzejmi stewardzi wskażą drogę na teren parku przeznaczonego podczas tego prestiżowego turnieju dla uczestników "The Queue". I nikogo nie zdziwi, jeśli przyjdziesz tam zaopatrzony w butelkę szampana. - Jestem tu już od 11 lat. To świetna zabawa - opowiada mi trzydziestokilkuletnia Claire, której towarzyszy czwórką znajomych.
Zobacz wideo Rozbrajająca odpowiedź Chwalińskiej. To zapamięta z Roland Garros
Stanie w kolejce bywa ważniejsze niż sam tenis. Szampan, spanie, książka i makijaż
Kolejki na Wimbledonie są wszędzie - i do wejścia na teren kompleksu All England Lawn Tennis and Croquet Clubu, i do wejścia na poszczególne korty, w punktach sprzedaży słynnych truskawek ze śmietaną i napojów, i do obejrzenia tenisistów na obiektach treningowych czy do przyjrzenia się z bliska luksusowym autom sponsorów turnieju. Ale ta najbardziej wyjątkowa to oczywiście "The Queue", która jest częścią tradycji Wimbledonu od 1922 roku.







