Czerwona kartka od zawsze oznaczała zakończenie udziału w meczu i wykluczenie zawodnika z następnego spotkania. Ale interwencja Donalda Trumpa u szefa FIFA przyniosła odstępstwo od tej reguły - w meczu 1/8 finału z Belgią w reprezentacji USA zagra jej najlepszy strzelec, choć w meczu z Bośnią został wyrzucony z boiska. "To w stu procentach korupcja" - komentują najbliżsi rywale USA.

To była pierwsza i od razu udana ingerencja prezydenta Stanów Zjednoczonych w "jego" mistrzostwa świata. 4 lipca Amerykanie świętowali Dzień Niepodległości, a Donald Trump ze swoim sztabem już wiedzieli, że są blisko zakończenia sukcesem karkołomnej operacji przywrócenia do rywalizacji Folarina Baloguna, najskuteczniejszego strzelca reprezentacji USA. Napastnik dostał czerwoną kartkę za faul w meczu 1/16 finału z Bośnią i Hercegowiną. Taka kara zawsze oznacza też wykluczenie z następnego meczu. Zawsze, chyba że skorzysta się z "telefonu do przyjaciela".

Tak prawnicy i Trump wzięli się za czerwoną kartkę

Szokujące kulisy dokładnie opisał "The New York Times" oraz portal The Athletic. Ich dziennikarze potwierdzili w kilku źródłach, że już kilka godzin po meczu USA i czerwonej kartce Baloguna Trump zadzwonił do prezydenta FIFA Gianniego Infantino. Ten fakt ustaliła też agencja Associated Press. Prezydent miał poprosić o cofnięcie decyzji o jednomeczowym zawieszeniu napastnika. Jak to u Trumpa - na prośbie się nie skończyło. Głowa państwa miała wprost zakwestionować decyzję sędziego Raphaela Clausa, przywołując m.in. niepotwierdzone zarzuty o jego udziale w ustawianiu meczów w Brazylii. Faktycznie, niegdyś Claus karał tam graczy dziwnymi czerwonymi kartkami, ale zarzutów korupcyjnych nigdy mu nie postawiono.