Z powodu pozornej prostoty i elegancji tenisa - para ludzi odbija piłkę, stojąc po przeciwnej stronie siatki - może umknąć nam, że to sport bezlitosny w chwilach słabości. Tenisistki doznają małych dramatów, dołują się nimi, z ich powodu płaczą, przeżywają na swój sposób: Sabalenka, Rybakina, Świątek, Anisimova, Andriejewa, Gauff - pisze Radosław Leniarski ze Sport.pl.

Iga Świątek po zwycięstwie nad Taylor Townsend ukrywała twarz w dłoniach, ukrywała łzy ulgi. Zaskakujący widok, zważywszy na to, że rywalka znajduje się w ósmej dziesiątce rankingu WTA. Długo to trwało. Pięć minut później jej głos wciąż łamał się pod wpływem wzruszenia. Jakby już rozegrała w głowie scenariusz porażki, a potem wyrwała się z tego filmu cudem, tuż przed ostatnią akcją.

Jej kilka spotkań zakończyło się porażkami w trzech setach po łatwym wzięciu pierwszego z nich, ale w pojedynku z Townsend Polka przełamała ten trend, właśnie wtedy, gdy jako obrończyni tytułu na Wimbledonie grała mecz otwarcia na korcie centralnym z wymagającą rywalką. Ostrzegała potem, żeby nie przywiązywać "filozoficznej" miary do tych łez, bo one nie oznaczają żadnego wyzwolenia spod presji, są po prostu łzami ulgi i emocji.

Piszę o tym, bo wydaje mi się, że zbyt krytycznie oceniamy Świątek po jej niepowodzeniach, w dodatku najczęściej jednoznacznie negatywnie, a zbyt mało wagi przywiązujemy do zwycięstw, nie biorąc pod uwagę kontekstu lub rywalek czy natury tenisa.