Aryna Sabalenka zatrzymała się na sześciu, Jelena Rybakina - na siedmiu. A Iga Świątek w I rundzie Wielkiego Szlema właśnie wygrała 25. raz z rzędu. Statystycy się zachwycają, ale bądźmy szczerzy - dla Polki to nie jest wyczyn. To, co dla wielu innych zawodniczek byłoby życiowym sufitem, dla niej jest po prostu podłogą - pisze z Paryża Łukasz Jachimiak, korespondent Sport.pl.
Niespełna 18-letnia Emerson Jones z Australii nie miała nic do powiedzenia. W pierwszej rundzie tegorocznego Rolanda Garrosa Iga Świątek pokonała ją 6:1, 6:2 w 60 minut. "25/25 – Iga Świątek jest pierwszą zawodniczką w erze open, która doszła do drugiej rundy we wszystkich 25 pierwszych turniejach wielkoszlemowych w dekadzie" – zachwycają się statystycy. A na nas nie robi to specjalnego wrażenia. I to jest najlepszy dowód statusu, jaki wypracowała sobie Świątek.
Poniedziałkowy mecz miał być krótki i był. Świątek miała pokazać swą niepodważalną wyższość nad pierwszą rywalką w tegorocznym Rolandzie Garrosie i pokazała. Miała zaprezentować formę na miarę może nawet swojego piątego już w karierze tytułu mistrzyni French Open. Tu nie powiemy "i zaprezentowała". Na to za wcześnie. Ale miło widzieć, jak oczywiste jest dla naszej tenisistki to, co – jak dowodzą analitycy – jest jednak w tenisie niezwykłe.






