44-letnia Serena Williams wprawiła kilkanaście tysięcy osób na trybunach kortu centralnego Wimbledonu w szaleństwo. Mecz pierwszej rundy z 20-letnią Australijką Mayą Joint legendarna Amerykanka przegrała, ale zyskała uznanie tym, co pokazała po czteroletniej przerwie od profesjonalnego tenisa. Szkoda tylko, że później schowała się przed czekającymi na nią dziennikarzami.
Tuż po ostatniej piłce trwającego prawie dwie i pół godziny wieczornego wtorkowego spotkania kibice zgotowali wielką wrzawę. Nikt - łącznie z Mayą Joint - nie miał wątpliwości, że to nie była reakcja na jej zwycięstwo. To było podziękowanie dla Sereny Williams. Choć przegrała 3:6, 7:6, 3:6, pokazała, że to, co niektórym wydawało się jeszcze kilka godzin wcześniej niedorzecznym pomysłem, zostało odebrane jako pokaz ducha wielkiego sportowca. Choć finalny efekt zepsuła na własne życzenie.
Zobacz wideo Rozbrajająca odpowiedź Chwalińskiej. To zapamięta z Roland Garros
Legenda kazała na siebie długo czekać. Williams przeniosła Wimbledon do Nowego Jorku
Mająca w dorobku 23 tytuły wielkoszlemowe Amerykanka początkowo wzbraniała się przed potwierdzeniem pogłosek o wznowieniu profesjonalnej kariery. Gdy wreszcie to nastąpiło, to opinie wśród kibiców były podzielone. Jedni byli zachwyceni, a inni podważali sens powrotu na kort weteranki, która od trzeciej rundy US Open 2022 nie zagrała oficjalnego meczu. We wtorkowy wieczór, gdy schodziła z kortu na tarczy, to nikt jednak nie stukał się palcem w głowę z ironicznym uśmiechem.














