W USA mówią tak: Arabia Saudyjska to złota klatka, więzienie w wersji deluxe, a u nas Robert Lewandowski będzie miał jak w raju. W Chicago Fire potrenuje w znakomitym ośrodku, nastrzela goli, zagra o mistrzostwo, pożyje w wielkim mieście, stanie się jego wizytówką i będzie twarzą całych rozgrywek. Dużo da Polonii, ale też dużo od Polonii dostanie. A może to, jak Leo Messi błyszczy na mundialu, też pomogło mu podjąć decyzję?

"Wiesz coś więcej na temat Lewandowskiego? Bo planuję kupić karnet na Fire" - takie wiadomości notorycznie dostawałem od polskich kibiców z Chicago, których poznałem podczas kilkudniowej wizyty w mieście. Gdyby mogli, przynieśliby go z lotniska na rękach. To był istny szał! Bilbordy, obietnice, deklaracje, relacje na żywo i nadzieje, jaki Robert Lewandowski może wywrze wpływ: sportowo – na Chicago Fire i społecznie – na starzejącą się i nieco zardzewiałą Polonię.

Nasiąknąłem tym i sam zacząłem trzymać kciuki za transfer do USA, a nie np. do Arabii Saudyjskiej czy Turcji. Zdecydowanie ciekawiej będzie obserwować, jak Lewandowski staje się wizytówką trzeciego największego miasta Stanów Zjednoczonych, jak mobilizuje Polonię do przychodzenia na mecze, jak zaczyna ją scalać, jak rywalizuje z Leo Messim o mistrzostwo, jak spotyka się na boisku z Thomasem Muellerem, jak przyczynia się do rozwoju "soccera" i jak buduje swoją pozycję na biznesowo-piłkarskim rynku, na którym wciąż króluje David Beckham. No i jak się piłkarsko starzeje. Może i w tym aspekcie pójdzie po śladach Messiego, który zmagazynował całą energię, by jeszcze raz eksplodować na mundialu.